Matejka

MATEJKA
Nazywam się Julia Matea Petelska – Althamer. Sami przyznacie, że przedstawiać się w ten sposób nie jest prosto. W skrócie przedstawiam się Matea Althamer. Znajomi mówią do mnie Matea, a zdrobniale Matejka. Stąd zabawna nazwa Świetlicy, która przywodzić może na myśl samego Mistrza Jana 😉

ŚWIETLICA MATEJKI
co to jest?

To moje miejsce, z którym chcę się z Wami dzielić.
Mieszkam tu, na tym osiedlu, od sześciu lat z moim mężem i trojgiem dzieci. Wszystkie mieszkania od dawna były zamieszkane, a lokale zagospodarowane, oprócz jednego…
Często przechodząc obok pustych lokali na parterze budynku nr 130, zastanawialiśmy się, co ktoś w nich w końcu otworzy?
Czy będzie to bank, apteka, osiedlowy sklep 24 h…? Tego nie chcieliśmy. Snując domysły, jednocześnie marzyłam… zastanawiałam się, czego bym chciała ja jako mieszkanka tego osiedla?

Tak się narodził pomysł świetlicy. Miejsca twórczych sąsiedzkich spotkań w miłym otoczeniu lasu, na którego granicy wybudowano nasze osiedle.
Często wychodząc na rodzinny spacer do lasu, brałam ze sobą kawę w papierowym kubku zrobioną w domowej kawiarce, a gdy chciałam pójść z dziećmi na lody, sok czy jakikolwiek deser, skazani byliśmy na dojście do centrum handlowego. Wprawdzie centra handlowe okalają nasz las i problem nie tkwił w odległości, jednak problem był, bo wejście w głośne, zatłoczone miejsce psuło atmosferę i wyciszenie, jakie dawał nam las.
Tak więc poczułam, że brakuje tu przy lesie właśnie kawiarni, która mogłaby służyć spacerowiczom.

Tak powstała idea kawiarni.
Do lasu chodzę nie tylko na spacery.
Gdy poczułam, że kostnieję, jestem coraz mniej sprawna (świeczek na torcie co roku nieubłaganie przybywa), przybrałam na wadze i duszno mi w roli mamy trojga dzieci zajmującej się przede wszystkim domem, z pomocą przyszedł sąsiad, Michał Rachwał, który dowiedziawszy się, że chciałabym się trochę poruszać, zrzucić nadwagę i zadbać o kondycję fizyczną, namówił mnie (posługując się drobnym podstępem) na bieganie, którego nie znosiłam, ale nasze przebieżki po pięknym lasku bródnowskim szybko pokochałam! Nasze treningi nie ograniczają się jednak tylko do biegu w lesie, Michał zadaje mi ćwiczenia wzmacniające i ogólnorozwojowe – konieczne, by nie nabawić się kontuzji, a po treningu rozciągamy się i rolujemy w domu. Czasem do treningu dołącza też mój mąż, przyjaciółka, córeczka Michała i jego narzeczona, aż w naszym salonie robi się ciasno…

Tak zrodziło się marzenie o posiadaniu profesjonalnej salki do ćwiczeń przy lesie.
Jak salka do ćwiczeń, to przecież nie tylko sportowych! Taniec mam we krwi, kocham taniec! Kto wie, czy tak bym go kochała, gdyby nie lekcje baletu, na które uczęszczałam w dzieciństwie przez 13 lat! I wiecie, czym różniły się lekcje baletu w czasach PRL, od tych oferowanych przez różne kluby i domy kultury w dzisiejszych czasach? Myśmy miały żywy akompaniament! Akompaniator mógł reagować natychmiast na to, co robiła nasza nauczycielka, a my, dzieci, miałyśmy kontakt z żywą muzyką, co jest tak potrzebne nam wszystkim do życia, a tak mało go mamy, jeśli nie wychowujemy się w muzykujących rodzinach.
Trzeba by więc wyposażyć salę w pianino! I zaprosić do współpracy akompaniatora.

No dobra, mamy już taniec, balet, rytmikę, ale obraziłabym młodszego kuzyna fortepianu gdybym uznała, że pianino może służyć tylko do akompaniowania! A co z muzykowaniem? Recitalami? Och, jak przyjemnie byłoby zaprosić przyjaciół muzyków i z nimi pograć, po prostu ich posłuchać albo porysować w takt ich muzyki, może przy okazji napić się kawy…
Tak zrodziła się potrzeba możliwości połączenia wszystkich sal w jedną.
Architekci zaprojektowali przesuwne kurtyny!

Jakich sal? Wymieniłam kawiarnię, wymieniłam sale: sportową i muzyczną, a nie napisałam o pracowni plastycznej.
Tak, pracownia plastyczna to niezaprzeczalnie potrzebna nam przestrzeń.
Oboje z mężem jesteśmy plastykami, a mój mąż jest artystą przez duże A.

Ja, z wykształcenia plastyk technik scenograficznych o specjalizacji charakteryzacja teatralno-filmowa, a obecnie studentka II roku na kierunku malarstwo sztalugowe w Wyższej Szkole Artystycznej, parę lat temu zaczęłam uczęszczać na zajęcia Koła Gospodyń Miejskich prowadzonych przez Joasię Świerczyńską. Zakochałam się w tych cotygodniowych wspólnych spotkaniach, gdzie przy herbacie i w miłym towarzystwie malowałyśmy lub rysowałyśmy martwą naturę czy modelkę. Często jednak nie wystarczało czasu na dokończenie pracy, więc później rozkładałam farby olejne w domu, a w mieszkaniu koty; gdy raz i drugi kot przebiegł mi po obrazie, a potem po meblach, stwierdziłam: koniec, nie mogę pracować w domu.

Potrzebna mi pracownia!
Zresztą mój dom nieraz przypominał bardziej pracownię plastyczną niż miejsce do życia i odpoczynku. Gdy pracowałam przy realizacji kostiumów, cały salon był zastawiony przeróżnymi farbami, klejami, materiałami, w każdym kącie można było znaleźć skrawki tkanin, skrojone części strojów, torby z włóczkami, stosy ciuchów do przeróbki. A czasem na wpół gotowe kostiumy zbierałam w duże torby z Ikea i wędrowałam z nimi do krawcowej Małgosi, która zawsze z chęcią służy mi pomocą. W mojej głowie zrodziła się myśl, że cudownie byłoby mieć Małgosię zawsze blisko. Dobrze by było w pracowni plastycznej mieć także aneks krawiecki.

I oto myślisz, i masz! Małgosia zrezygnowała z wynajmu dużego lokalu przy ul. Krasnobrodzkiej, bo czynsz był zbyt wysoki i zapytała mnie, czy nie wiem, kto chciałby wynająć jakieś małe pomieszczenie. Odpowiedź była prosta. Ja chcę!

I tak moja świetlica zyskała kolejną funkcję, pełnioną przez zakład poprawek krawieckich, gdzie zaglądać i przynosić spodnie do skrócenia czy spódnicę do zwężenia mogą wszyscy idący na kawę, zajęcia plastyczne lub sportowe. Małgosi problem lokalowy się rozwiązał, a moje marzenie o dostępności krawcowej się spełniło.